Czarnobyl

Będziemy Świecić!

Planując nasz wyjazd na Ukrainę do Kijowa. Pierwszą myślą jaka przemknęła nam przez głowę była wycieczka do Czarnobyla. Opcji i firm zajmujących się takimi wyjazdami jest wiele. Można pojechać na jeden dzień, można nawet na siedem – dla tych bardziej wkręconych w temat. Przeanalizowaliśmy oferty, zarówno te  w Polsce jak i na Ukrainie i ostatecznie zadecydowała cena. Wybraliśmy firmę Chernobyl tour  z Kijowa (http://chernobyl-tour.com/english/). Mają oni różne warianty czasowe i cenowe, a przede wszystkim przewodnika w języku angielskim. Nasz wybór padł na wycieczkę jednodniową w piątek 8 sierpnia 2018 roku. Koszt takiego wyjazdu to 84$ dodatkowo można było dokupić obiad w stołówce pracowniczej na terenie zony za 5$ oraz  wypożyczyć licznik Geigera za 10$.

 8. 09. 2018. Godzina 7:00:

Idziemy na miejsce zbiórki, wprawdzie wyjazd jest zaplanowany na godzinę 8:00, ale przecież trzeba być wcześniej (żeby na przykład dorwać miejsca przy oknie w autokarze ;)). Jest 7:00 a słońce już niemiłosiernie świeci i jest z 30 stopni, a my w długich spodniach i bluzach. To był wymóg wjechania do zony. Dlaczego? Wersje są różne, jedni uważają, że w jakimś stopniu chroni to przed, i tak nikłym, promieniowaniem, inni, że owady są tam bardzo namolne i agresywne- druga opcja w naszym przypadku się sprawdziła i zmutowane komary odnajdywały nawet najmniejszy niezasłonięty kawałek skóry. W końcu ludzi tam mało więc muszą się najeść na zapas ;p

Na miejscu zbiórki standardowo- sprawdzanie paszportów, ogólne informacje o tym jak będzie wyglądała wycieczka. Ku naszemu pierwszemu zdziwieniu przewodnikami były osoby młode, znające doskonale język angielski. Ale drugie zdziwienie było jeszcze większe, kiedy podeszliśmy do naszego przewodnika, ten patrzy skąd jesteśmy i zaczyna do nas mówić w języku polskim. Okazało się, że studiował przez pewien czas w Polsce i prowadzi również wycieczki z języku polskim (za dodatkową opłatą- najlepiej kontaktować się z firmą w tej sprawie meilowo). Droga zleciała szybko. Z centrum Kijowa do wjazdu na teren zony jechaliśmy niecałe dwie godziny. Nudy nie było, w autokarze przewodnicy dużo nam opowiadali o faktach i mitach związanych z Czarnobylem oraz został puszczony film dokumentalny o wybuchu. Widoki zza okna były jednostajne, same wioski i niekończące się pola słoneczników. Takich wielkich pól to u nas nie ma ;p

Dojechaliśmy! Ale jeszcze kontrola, a nawet dwie! Znowu paszporciki, sprawdzanie czy Ty to  na pewno Ty. Poszło sprawnie. Jako ciekawostkę dodam, że przed pierwszym miejscem kontroli stoi mały sklepik, gdzie możemy kupić pamiątki, ewentualnie coś do picia czy jedzenia. UWAGA! Nie można jeść na dworze, tylko w autokarze- wiecie promieniowanie wszędzie na nas czyha.

Pierwszym przystankiem była opuszczona wieś Zalissia. Pierwsze wrażenie? Jabłka, wszędzie były jabłka, oczywiście nie można ich jeść. Wracając do samej wsi. Kilkanaście starych chałup obrośniętych mchem, drzewami, krzakami i wszelką roślinnością. Można było zauważyć, że domy były opuszczane w pośpiechu, czego dowodem były porozrzucane książki, zabawki, meble. Lepiej sami zobaczcie:

Czarnobyl- będziemy świecić!

Planując nasz wyjazd na Ukrainę do Kijowa. Pierwszą myślą jaka przemknęła nam przez głowę była wycieczka do Czarnobyla. Opcji i firm zajmujących się takimi wyjazdami jest wiele. Można pojechać na jeden dzień, można nawet na siedem – dla tych bardziej wkręconych w temat. Przeanalizowaliśmy oferty, zarówno te  w Polsce jak i na Ukrainie i ostatecznie zadecydowała cena. Wybraliśmy firmę Chernobyl tour  z Kijowa (http://chernobyl-tour.com/english/). Mają oni różne warianty czasowe i cenowe, a przede wszystkim przewodnika w języku angielskim. Nasz wybór padł na wycieczkę jednodniową w piątek 8 sierpnia 2018 roku. Koszt takiego wyjazdu to 84$ dodatkowo można było dokupić obiad w stołówce pracowniczej na terenie zony za 5$ oraz  wypożyczyć licznik Geigera za 10$.

 8. 09. 2018. Godzina 7:00:

Idziemy na miejsce zbiórki, wprawdzie wyjazd jest zaplanowany na godzinę 8:00, ale przecież trzeba być wcześniej (żeby na przykład dorwać miejsca przy oknie w autokarze ;)). Jest 7:00 a słońce już niemiłosiernie świeci i jest z 30 stopni, a my w długich spodniach i bluzach. To był wymóg wjechania do zony. Dlaczego? Wersje są różne, jedni uważają, że w jakimś stopniu chroni to przed, i tak nikłym, promieniowaniem, inni, że owady są tam bardzo namolne i agresywne- druga opcja w naszym przypadku się sprawdziła i zmutowane komary odnajdywały nawet najmniejszy niezasłonięty kawałek skóry. W końcu ludzi tam mało więc muszą się najeść na zapas ;p

Na miejscu zbiórki standardowo- sprawdzanie paszportów, ogólne informacje o tym jak będzie wyglądała wycieczka. Ku naszemu pierwszemu zdziwieniu przewodnikami były osoby młode, znające doskonale język angielski. Ale drugie zdziwienie było jeszcze większe, kiedy podeszliśmy do naszego przewodnika, ten patrzy skąd jesteśmy i zaczyna do nas mówić w języku polskim. Okazało się, że studiował przez pewien czas w Polsce i prowadzi również wycieczki z języku polskim (za dodatkową opłatą- najlepiej kontaktować się z firmą w tej sprawie meilowo). Droga zleciała szybko. Z centrum Kijowa do wjazdu na teren zony jechaliśmy niecałe dwie godziny. Nudy nie było, w autokarze przewodnicy dużo nam opowiadali o faktach i mitach związanych z Czarnobylem oraz został puszczony film dokumentalny o wybuchu. Widoki zza okna były jednostajne, same wioski i niekończące się pola słoneczników. Takich wielkich pól to u nas nie ma ;p

Dojechaliśmy! Ale jeszcze kontrola, a nawet dwie! Znowu paszporciki, sprawdzanie czy Ty to  na pewno Ty. Poszło sprawnie. Jako ciekawostkę dodam, że przed pierwszym miejscem kontroli stoi mały sklepik, gdzie możemy kupić pamiątki, ewentualnie coś do picia czy jedzenia. UWAGA! Nie można jeść na dworze, tylko w autokarze- wiecie promieniowanie wszędzie na nas czyha.

Pierwszym przystankiem była opuszczona wieś Zalissia. Pierwsze wrażenie? Jabłka, wszędzie były jabłka, oczywiście nie można ich jeść. Wracając do samej wsi. Kilkanaście starych chałup obrośniętych mchem, drzewami, krzakami i wszelką roślinnością. Można było zauważyć, że domy były opuszczane w pośpiechu, czego dowodem były porozrzucane książki, zabawki, meble. Lepiej sami zobaczcie:

 

Ciekawostką jest to, że to właśnie w tej wsi mieszkała jeszcze do niedawna Pani Olga Juszczenko. Była ona samosiołem. Postanowiła nie opuszczać swojego domu i wsi, w której mieszkała do końca swoich dni. Podobno można było ją jeszcze kilka lat temu widywać w tamtych rejonach, ale niestety jakiś czas temu zmarła a jej dom spłonął. Widać nie taki diabeł straszny z tego promieniowania. Pani Olga była tam sama, odcięta od wszelkich dobrodziejstw cywilizacji, jak na przykład prądu czy bieżącej wody,  przez co musiała być samowystarczalna. Zdobywała jedzenia, wodę, rąbała drewno, aby zimą było ciepło, chowała swoją krówkę i kury. I mimo skażonego powietrza, którym oddychała, skażonej wody, którą piła i tych samych skażonych jabłek, które jadła, dożyła sędziwego wieku, którego my miastowi możemy tylko pozazdrościć. Jeżeli zainteresował was los Pni Olgi to polecam zapoznać się z książka ,,Czarnobylska modlitwa’’ Swietłany Aleksijewicz. Składa się ona z kilkunastu reportaży o życiu ,,po Czarnobylu’’ i jeden z nich jest poświęcony właśnie samosiołom, a głównie Pani Oldze.

Kolejnym punktem wycieczki był radar Duga, zwany też Okiem Moskwy. Z daleka wydaje się niewinną konstrukcją, ale gdy staniemy z nim ,,oko w oko’’, widzimy radziecki rozmach. Czym tak właściwie był ten radar? Najprościej pisząc, miał on zawczasu wykrywać lecące rakiety balistyczne. Zbudowano go w tajemnicy, a osobom, które dowiedziały się o jego istnieniu mówiono, że to wielka antena telewizyjna. Radar Duga jest tak ogromny, że nawet ciężko było go uchwycić w obiektywie. Zdjęcia niestety nie oddają jego ogromu. Są śmiałkowie, którzy wchodzą nielegalnie na jego sam szczyt- myślę, że jego wysokość jest porównywalna do trzydziestopiętrowego bloku- jednak nie zawsze kończy się to pomyślnie… co nie zmienia faktu, że widok z góry musi być niesamowity- widok na całą zone.

W drodze do głównego punktu wycieczki, czyli elektrowni, przystanęliśmy obok przedszkola. Samo przedszkole robiło wrażenie, jednak można było się takiego widoku spodziewać. Ciekawsze jednak w tym miejscy było to, że właśnie tam zaczynało się większe promieniowanie, a liczniki Geigera wariowały. Oczywiście weźmy pod uwagę to, że są one ustawione na bardzo małe częstotliwości i zaczynały  piszczeć przy wynikach  takich samych jakie są w każdym większym mieście w Polsce. Jednak w tych okolicznościach dawało to pewien dreszczyk adrenaliny. 

 W końcu! Jest i ona! Elektrownia, której wybuch pozbawił życia i zdrowia tysięcy ludzi. Zatrzymujemy się obok rzeki, robimy zdjęcia, obok nas przejeżdżają stare samochody transportowe z ładunkiem. Nie możemy zapominać, że tam wciąż pracują ludzie i usuwają skutki tragedii. Wszystko dookoła jest takie zadbane, trawka przystrzyżona, słoneczko świeci, aż trudno uwierzyć, że ten niepozorny budynek wyrządził tyle złego swym wybuchem. Zaskakujące jest to, że przy samej bramie do elektrowni, czyli jakieś 500m od budynku promieniowanie jest maleńkie, widać Arka, którą nasunęli robotnicy na stary Sarkofag się sprawdza. Oby tylko stała tak długo jak zakładają inżynierowie, czyli sto lat. Jako ciekawostkę dodam, że w tracie dłuższych wycieczek do Czarnobyla, czyli tych kilkudniowych, jednym z punktów wycieczki jest wejście do budynku elektrowni.

W końcu odpoczynek! Miejsce, niezwykle intrygujące, jakim jest stołówka pracownicza. Jest ona oddalona jakiś kilometr, góra dwa od budynku elektrowni, a co ciekawe funkcjonuje cały czas. Nie została ona zamknięta i opuszczona. Karmiła pracowników od momentu zbudowania elektrowni, w trakcie wybuchu i po dzień dzisiejszy. Przed wejściem na teren stołówki należy zbadać napromieniowanie jakie się w sobie ,,nosi’’. Wszyscy przeszli. Pewnie jesteście ciekawi co na obiad? Cóż wyboru nie było. Codziennie jeden zestaw, jedynym odstępstwem był obiad wegetariański, gdzie klient zamiast kotleta dostawał owoce ;). Przewodnik mówił, że kuchnia się tam nie zmieniła od 30 lat, także można się domyśleć. Wszystko niby dobre, ale jakieś takie mdłe, słodkawe, jak na typowej stołówce. Jeżeli ktoś nie lubił szkolnych obiadów, to sądzę, że odczucia są podobne. Oczywiście produkty spożywcze, z których jedzenie jest robione, są świeże i  dostarczane z poza terenu zony, więc nie będziemy świecić po takim obiadku.

Po odpoczynku, czekał nas najdłuższy i najbardziej intensywny  punkt wycieczki, czyli miasto Prypeć. Miasto marzenie- dla ówczesnych pracowników elektrowni. Jak na tamte czasy, niezwykle nowoczesne i zadbane. Jak to wygląda dziś? Cóż… na dzień dobry przywitał nas szwędający się i szukający jedzenia lis. Wszędzie rosły drzewa, krzewy, trawy. Nawet ciężko było odnaleźć niektóre budynki w tym gęstym gąszczu roślin. Przewodnik pokazywał nam zdjęcia, jak dane miejsca wyglądały kiedyś, a jak wyglądają dziś. Największym rozczarowaniem dla nas było to, że nie wchodziliśmy do żadnych budynków. Z opowiadań wiemy, że zostały one już dawno temu rozgrabione, jednak ciekawość pozostaje. Zmęczenie już dawało o sobie znać, a usiąść przecież nigdzie nie można. Więc idziemy dalej. Oglądamy hotel, budynki rządowe, szkołę, pomost, słynny szpital, w którego piwnicach leżą ubrania likwidatorów. Plac, na którym lądował napromieniowany helikopter po wybuchu- miejsce naznaczone większą ilością promieniowania. Budynki już straciły swoje cechy charakterystyczne. Wszystko wygląda podobnie. Przyroda zaskarbia sobie pomału to miasto. Ostatnim miejscem w Prypeci, które oglądaliśmy było słynne wesołe miasteczko  i diabelski młyn. Właśnie w tym miejscy nasze liczniki Geigera osiągnęły największe wyniki, bo aż 210µSv/h. Będąc tam, trudno sobie wyobrazić, że kiedyś to miejsce tętniło życiem. Teraz panuje tam wszechogarniający smutek i cisza. Cisza, która aż boli.

I to by było na tyle, trzeba wracać. Wyjeżdżając z Prypeci, przejechaliśmy przez czerwony las. To miejsce, w którym leży największy opad po wybuchu i promieniowanie jest  wciąż bardzo niebezpieczne. Podobno spędzenie około 40 minut w tym lesie kończy się powolną i bolesną śmiercią. My na szczęście byliśmy bezpieczni we wnętrzu autokaru, jednak licznik Geigera wariował. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy jednostce straży pożarnej, gdzie strażacy stworzyli po katastrofie pomnik upamiętniający swoich kolegów, którzy oddali swe życie ratując innych przed skutkami wybuchu. Postacie strażaków zostały ubrane w oryginalne stroje i pokryte betonem. Przejechaliśmy jeszcze obok wyjazdu do miasta Czarnobyl, gdzie mieszka wielu samosiołów i osób wciąż pracujących w elektrowni. Potem kolejne sprawdzanie, czy nie jesteśmy zanadto napromieniowani i wyjazd z zony. Powrót do Kijowa.

Cóż możemy napisać w ramach podsumowania. Z kobiecego punktu widzenia uważam, że jest to miejsce ciekawe, które na pewno warto zobaczyć, i które daje wiele do myślenia, jednak sądzę, że drugi raz bym tam już nie wróciła. Natomiast Piotr od razu stwierdził, że apetyt roście w miarę jedzenia, i że musi koniecznie wrócić, ale na dłużej. Czarnobyl niesie za sobą wiele tajemnic i zagadek. Sądzę, że ludzie tam jeżdżą, bo liczą, że odkryją coś na co nikt jeszcze nie wpadł. Czy to możliwe? Sądzę, że nie. Szabrownicy już wynieśli wszystkie wartościowe rzeczy i weszli do każdego opuszczonego mieszkania. Wiec może spotkamy tam zmutowanego niedźwiedzia, jak to było w pewnym horrorze? Hmm.. to jest już kompletna bajka stworzona na potrzeby sytuacji. To miejsce jest wyjątkowe, bo jest inne. Jest smutne, opuszczone, postapokaliptyczne. Dla jednych może być namiastką  świata, który być może tak będzie wyglądał w przyszłości, a dla innych bałaganem i ruiną. Bez względu na odczucia jakie towarzyszą nam na myśl o Czarnobylu, uważamy że jest to miejsce, które warto chociaż raz w swoim życiu odwiedzić.

 

 Na zakończenie tego już dość długiego wpisu, chcielibyśmy dodać jeszcze kilka słów o promieniowaniu i skali bezpieczeństwa jaka nam towarzyszy w Czarnobylu. Wiele jest na ten temat faktów i mitów, uważam, że biorą się one z pewnej nieufności do Rosjan, w końcu chcieli oni cały wybuch ukryć przed światem. Więc może całe to promieniowanie wciąż jest śmiertelnie niebezpieczne i też wszyscy to przed nami ukrywają? Otóż nie. Cały jednodniowy wyjazd można porównać do godzinnego lotu samolotem (o dziwo lecąc też towarzyszy nam promieniowanie- to z kosmosu). Po zakończeniu wycieczki nasze liczniki wyliczały dawkę promieniowania jaką przyjęliśmy i możemy to porównać do wypalenia dwóch paczek papierosów. Oczywiście. Wycieczka prowadzi nas bezpiecznymi drogami. Są miejsca w zonie wciąż niebezpieczne, takie jak wcześniej wspomniany czerwony las, albo piwnice szpitala w Prypeci, ale żaden przewodnik nie pozwoli nam tam wejść. Nie zapominajmy, że cały teren zony jest obserwowany, więc każdy podejrzany ruch będzie wychwycony. Nie można tam sobie tak po prostu wjechać. Należy mieć pozwolenia, dlatego lepiej wybierać wycieczki zorganizowane, które w naprawdę przystępny sposób przedstawią nam całą historię tego miejsca. Jeżeli ktoś z Was planuje taki wyjazd, to szczerze zachęcamy do poczytania na ten temat. W internecie jest masa interesujących artykułów i filmików pokazujących Czarnobyl. Nie chcemy wam wszystkiego zdradzać, wolimy zachęcić i zainspirować! 😉

 

 Na zakończenie tego już dość długiego wpisu, chcielibyśmy dodać jeszcze kilka słów o promieniowaniu i skali bezpieczeństwa jaka nam towarzyszy w Czarnobylu. Wiele jest na ten temat faktów i mitów, uważam, że biorą się one z pewnej nieufności do Rosjan, w końcu chcieli oni cały wybuch ukryć przed światem. Więc może całe to promieniowanie wciąż jest śmiertelnie niebezpieczne i też wszyscy to przed nami ukrywają? Otóż nie. Cały jednodniowy wyjazd można porównać do godzinnego lotu samolotem (o dziwo lecąc też towarzyszy nam promieniowanie- to z kosmosu). Po zakończeniu wycieczki nasze liczniki wyliczały dawkę promieniowania jaką przyjęliśmy i możemy to porównać do wypalenia dwóch paczek papierosów. Oczywiście. Wycieczka prowadzi nas bezpiecznymi drogami. Są miejsca w zonie wciąż niebezpieczne, takie jak wcześniej wspomniany czerwony las, albo piwnice szpitala w Prypeci, ale żaden przewodnik nie pozwoli nam tam wejść. Nie zapominajmy, że cały teren zony jest obserwowany, więc każdy podejrzany ruch będzie wychwycony. Nie można tam sobie tak po prostu wjechać. Należy mieć pozwolenia, dlatego lepiej wybierać wycieczki zorganizowane, które w naprawdę przystępny sposób przedstawią nam całą historię tego miejsca. Jeżeli ktoś z Was planuje taki wyjazd, to szczerze zachęcamy do poczytania na ten temat. W internecie jest masa interesujących artykułów i filmików pokazujących Czarnobyl. Nie chcemy wam wszystkiego zdradzać, wolimy zachęcić i zainspirować! 😉

Dodaj komentarz

Close Menu